FrazPC.pl

Ni no Kuni II: Revenant Kingdom - recenzja

Doskonale zdaję sobie sprawę z faktu, że od premiery Ni no Kuni II minął już blisko miesiąc, ale nie bez powodu przychodzę do Was z recenzją dopiero teraz. I nie mówię tu o tylko o tym, że niemal w tym samym czasie debiutował Far Cry 5, który dla wielu graczy, więc automatycznie i dla nas, miał wyższy priorytet :) Warto bowiem pamiętać, że mamy do czynienia z rozbudowanym japońskim RPG, więc ogranie go w stopniu pozwalającym na wystawienie rzetelnej opinii zajmuje dużo czasu, a po drugie … od zawsze uwielbiam ten gatunek, więc zdecydowanie chętniej sięgałam po pada, żeby sobie pograć (obecnie mam już na liczniku dobrze ponad 40 godzin) niż po klawiaturę w celu pisania recenzji :)

Zobacz zdjęcie

Tym bardziej, że złote czasy jRPGów już dawno za nami (pamiętam te piękne lata, kiedy całymi miesiącami można było grać tylko w ten gatunek, bo premiera jednej ciekawej pozycji poganiała drugą … ehhh …) i na rynku relatywnie rzadko pojawiają się tytuły warte uwagi, które potrafią wciągnąć na długie godziny. Poza tym, jak łatwo się domyślić, grałam w poprzednią odsłonę, tj. Ni No Kuni: Wrath of the White Witch, która trafiła na nasz rynek w 2013 roku i świetnie się przy niej bawiłam, więc nie było opcji, żebym pominęła drugą odsłonę. Muszę tu jednak zaznaczyć, że chociaż w “dwójce” znajduje się jedno odwołanie do “jedynki”, w postaci pięknie i ciekawie opowiedzianej historii, to fabuła obu gier nie ma ze sobą nic wspólnego. Trochę żałuję, bo po cichu liczyłam na powrót starej ekipy, ale jak to mówią “jak się nie ma, co się lubi, to się lubi, co się ma”, więc …

Zobacz zdjęcie

… it all started with a big bang - tak w wielkim skrócie zaczyna się Ni no Kuni II: Revenant Kingdom, które za sprawą wspomnianego wybuchu przenosi jednego z bohaterów, Rolanda (swoją drogą prezydenta jakiegoś dużego kraju), do zupełnie innego świata, w którym staje u boku młodego króla Evana Pettiwhiskera Tildruma, zdradzonego przez doradców swojego ojca i zmuszonego do ucieczki w obawie o własne życie. I jeżeli kiedykolwiek graliście w jakąkolwiek grę, to z pewnością wiecie już, że naszym zadaniem będzie odzyskanie należnej pozycji i zupełnie przy okazji uratowanie świata, który jakimś dziwnym zbiegiem okoliczności stanął właśnie na krawędzi zagłady :)

Zobacz zdjęcie

Oczywiście specjalnie trochę to trywializuję, ale nie będę ukrywała, że pod względem fabularnym pierwsza część Ni no Kuni podobała mi się bardziej. Co prawda w obu przypadkach bohaterami są dzieci, które w bardzo młodym wieku poznały bolesną prawdę o świecie i doświadczyły śmierci najbliższych, ale historia Oliviera z Wrath of the White Witch była przedstawiona w bardziej przejmujący sposób - w nowej odsłonie niby mamy o co walczyć i przyświeca nam piękna idea świata bez wojen, ale wszystko jest przy tym nieco zbyt naiwne i przesłodzone. Żebyśmy jednak dobrze się zrozumieli, ciągle spędzam przy tej grze niemal każdą wolną chwilę, bo jest po prostu bardzo dobra i chcę z niej wycisnąć jak najwięcej, ale widzę również jej wady, o których mam zamiar Wam napisać.

Zobacz zdjęcie

No dobra, znamy już mniej więcej historię dziejącą się w tle, pora więc przyjrzeć się rozgrywce, która od czasu poprzedniej odsłony doczekała się kilku znaczących zmian. Poprzednio jak w każdym japońskim RPG mogliśmy podzielić ją na dwie części - eksplorację świata i walkę, a tym razem do tego duetu dochodzi jeszcze kwestia budowy i zarządzania królestwem, a co więcej potyczki doczekały się nowego trybu, w którym naprzeciw siebie stają całe oddziały.

Zobacz zdjęcie

Jeżeli chodzi o zwiedzanie świata, to bardziej klasycznie być już nie może, czyli biegamy po świecie pełnym potworów do pokonania, przedmiotów do podniesienia i skarbów do znalezienia, odkrywając kolejne obszary. W międzyczasie wykonujemy oczywiście zadania, których jest całe zatrzęsienie (szczególnie pobocznych i zleceń) i niestety mam wrażenie, że twórcy najzwyczajniej w świecie poszli na ilość. Oczywiście wynika to po części ze specyfiki gatunku, ale w ostatnich latach mieliśmy wiele przykładów świetnie zrealizowanych zadań pobocznych - po raz kolejny wspomnę tu choćby trzeciego Wiedźmina, który długo będzie zmorą wszystkich deweloperów :) - i można było to rozwiązać trochę inaczej. Tymczasem przez większość czasu będziemy uwijać się jak kurierzy w okresie bożonarodzeniowym, spiesząc z kolejną porcją pierogów, kwiatków, owoców, broni i innych “niezbędnych” do życia rzeczy, często nie czytając nawet całej “otoczki” zadania, bo po prostu szkoda na to czasu.

Zobacz zdjęcie

W kwestii walki czekają nas za to poważniejsze zmiany, które idealnie wpisują się w trend obserwowany w całym gatunku, a mówię o porzucaniu turowego systemu walki. Już w poprzedniej części twórcy odeszli trochę od korzeni i dostaliśmy swoiste połączenie systemu turowego i potyczek w czasie rzeczywistym (poruszaliśmy się po polu walki dowolnie, ale nasze akcje były ograniczane czasowo), a teraz całkowicie wyeliminowali ten pierwszy element.

Mówiąc krótko, teraz wszystko dzieje się w czasie rzeczywistym i tłuczenie przeciwników mocno przypomina to, co znamy i lubimy ze slasherów. Tym bardziej, że chociaż każdy z naszych bohaterów ma nieco odmienny styl, to wszyscy walczą wręcz, a ataki zasięgowe i magia mają tu zadanie raczej wspomagające - i nawet postać, którą w każdym innym RPG nazwalibyśmy magiem, tu wyposażyć możemy w miecz czy włócznię i posłać do walki w pierwszym szeregu. W związku z tym nie musimy tu obmyślać żadnych skomplikowanych strategii i “kałabanga i do przodu” w zuepłności wystarczy …

Zobacz zdjęcie

… niestety, bo świadczy to również o tym, że gra w tym aspekcie jest zbyt prosta i przez większość czasu nie stanowi żadnego wyzwania. Ja rozumiem, że nie każdy lubi po kilkanaście razy podchodzić do każdego z bossów, ale żeby przez ok. 40 godzin grania zginąć tylko raz i to przez własną głupotę? Jeżeli więc liczyliście na epickie starcie z wielkimi potworami, to owszem będą, tyle że nie spędzicie przy nich długich godzin albo dni, jak to bywało w starych jRPG. I mówiąc szczerze, jedynie specjalnie wzmocnieni przeciwnicy, otoczeni złowrogą aurą, tzw. tainted, będący na poziomie wyższym od naszego będą wymagać od nas więcej kombinowania i korzystania ze wspomagaczy w stylu mikstur leczących albo wzmacniających.

Zobacz zdjęcie

A jeżeli już przy tym elemencie jesteśmy, to warto wspomnieć, że używanie ich w czasie walki też jest mocno ułatwione (i niech nie zwiedzie Was fakt, że możemy ich nosić jedynie niewielką ilość, bo tak naprawdę w życiu do niej nie dobijamy). Leczymy się i wzmacniamy na pauzie, a zdrowie odnawia się natychmiast, więc po powrocie do walki jesteśmy “świeżaki”, nawet jeśli przeciwnik przed chwilą wyprowadzał cios, który powinien nas zabić albo pozostawić nas przy życiu z minimalną ilością HP. I jakby tych ukłonów w stronę niedzielnych graczy było jeszcze zbyt mało, to … w walce towarzyszą nam stworki zwane higgledies, które jak łatwo się domyślić dodatkowo nas wzmacniają. Tych mamy przy sobie maksymalnie 4 rodzaje, więc możemy wybrać sobie solidny komplet potrzebnych umiejętności, jak dodatkowe ataki, leczenie, zdejmowanie statusów, narzucanie statusów, podniesienie obrony i tym podobne.

Zobacz zdjęcie

Kilka słów poświęcić wypada również wspomnianemu wcześniej trybowi skirmish, który mówiąc w wielkim skrócie jest taką mini-grą o starciach całych armii. Chociaż armia to nieco za duże słowo, bo do walki poprowadzimy maksymalnie 4 oddziały, które w trakcie potyczki możemy wzmacniać, regenerować czy też wspomagać specjalnymi umiejętnościami. Same starcia działają trochę na zasadzie “papier, nożyce, kamień”, czyli np. topornicy są świetni przeciwko magom, ale błyskawicznie ugną się pod naporem łuczników, itp. Tutaj poziom trudności jest nieco wyższy niż w klasycznych starciach i często zmuszani jesteśmy do rozegrania kilku dodatkowych potyczek, żeby podciągnąć się do odpowiedniego poziomu. Przyznam jednak szczerze, że jest to element, który nie do końca przypadł mi do gustu i najchętniej kompletnie bym go zignorowała, ale … nie mogłam tego zrobić, bo skirmishe są misjami fabularnymi pojawiającymi się na różnych etapach gry, więc w końcu i tak zmuszeni będziemy do ich rozgrywania.

Zobacz zdjęcie

No dobra, przyszła pora na największą z nowości Ni no Kuni II, czyli system zarządzania królestwem. Jak już wspomniałem na wstępie, jeden z naszych głównych bohaterów to wygnany król, więc musimy mu załatwić jakieś królestwo. A że początkowo nie ma opcji odzyskania tego, które mu się prawnie należy, to budujemy sobie nowe, bo to przecież drobnostka :) I zdaję sobie sprawę, że część osób z otwartymi ramionami przywita ten ekonomiczno-strategiczny aspekt gry, ale ja początkowo nie byłam mu zbyt przychylna, bo wydawał mi się tylko stratą czasu i bezsensownym przedłużaniem gry.

Zobacz zdjęcie

Jednak z czasem się w niego wkręciłam, zawzięcie rozbudowując swoje imperium, rekrutując nowych mieszkańców i zarządzając całym tym dobrodziejstwem, które jak się okazuje ma również praktyczne przełożenie na rozgrywkę. Twórcy wymyślili sobie bowiem, że tym razem nie będziemy ulepszać broni, zaklęć czy higgledies w czasie walki, ale zajmiemy się tym z poziomu królestwa, budując odpowiednie budynki, upgrade’ując je, przydzielając do nich właściwych pracowników, szukając odpowiednich składników i płacąc za to jeszcze dodatkową kasę (swoją drogą mamy osobne portfele dla “królestwa” i “drużyny”). Do tego odpowiednie konstrukcje zapewnią nam też lepszy loot zostawiany przez potwory, więcej kasy i doświadczenia czy też poprawią nasze osiągi we wspomnianych skirmishach. Czy to lepszy patent niż standardowe levelowanie? Trudno powiedzieć, ale z pewnością tutaj był potrzebny, żeby sensownie połączyć ze sobą wszystkie elementy rozgrywki.

Zobacz zdjęcie

Na koniec zostało nam jeszcze kilka kwestii technicznych, głównie oprawa audiowizualna, ale jeśli chodzi o dopracowanie gry, to twórcom nie można zarzucić nic złego. Ni no Kuni II chodzi płynnie, nie przycina się, nie spotkałam w czasie gry żadnego buga, a loadingi są na tyle krótkie, że kompletnie nam nie przeszkadzają. Oczywiście duża w tym zasługa takiej, a nie innej grafiki, która choć wygląda przepięknie, stanowiąc cudowną odskocznię od mrocznych i brutalnych shooterowych klimatów, to jednak nie zmieniła się od poprzedniej części i nie stanowi dla PlayStation 4 Pro żadnego wyzwania. Mówiąc krótko gra wygląda jak piękna bajka i aż trochę szkoda, że deweloper nie włożył tyle samo trudu w jej udźwiękowienie. Bo co prawda muzyka przygrywająca nam w tle jest jak najbardziej w porządku, ale niestety czeka nas dużo czytania, bo nagranych kwestii dialogowych mamy tu jak na lekarstwo. Co więcej, trudno doszukać się tu jakiejś logiki ich doboru, bo na przykład czasem nagrane jest coś mniej istotnego dla fabuły, a część najważniejszych wydarzeń z ostatniego rozdziału … nie. Koniec końców większość kwestii będziemy czytać, bo nasi bohaterowie wydają z siebie zazwyczaj jedynie pojedyncze dźwięki sugerujące emocje - trochę za mało jak na dzisiejsze standardy.

Zobacz zdjęcie

Podsumowując, czytając tę recenzję można dojść do wniosku, że opisuję co najwyżej przeciętną grę, bo praktycznie co akapit marudzę i wytykam jej błędy, ale jest zupełnie inaczej :) Ni no Kuni II to tytuł zasługujący na uwagę i naprawdę wysoką ocenę, bo pomimo kilku przywołanych tu niedoskonałości, gra się w niego wybornie. To naprawdę piękna gra, z przyjemną historią w tle, dobrze zrealizowanym systemem walki i kilkoma nowatorskimi rozwiązaniami, jak skirmishe czy system zarządzania królestwem, które mogą na stałe zagościć w tym gatunku, bo świetnie do niego pasują. Co więcej, jest idealną odskocznią od tytułów, które trafiają w nasze ręce na co dzień i bawiłam się przy nim świetnie, ale teraz … czas na God of War :)

Nasza ocena: 8/10

+ urokliwa oprawa graficzna
+ system zarządzania królestwem
+ potyczki typu skirmish
+ przyjemny system walki
+ prosta, ale przyjemna historia
+ wciąga
 
- zdecydowanie zbyt prosta
- dużo czytania, a mało nagranych kwestii dialogowych
- przeciętne zadania poboczne


Grę do testów dostarczyła firma:

Zobacz zdjęcie

Autor recenzji: Karolina Majchrzak

Copyright © 2012 - 2018 Cyfrowy Polsat S.A.